|
Ponieważ, jak dotąd, nikt tutaj jeszcze nie opisywał startu na dystansie 140.6 (a szkoda! przecież to esencja triathlonu! :) postanowiłem, że nadrobię to przeoczenie... Okazją stał się Barcelona Challenge, chyba już ostatnie w tym sezonie zawody z cyklu Challenge – konkurencyjnej do IronMana serii (głównie europejskich) zmagań na jedynym prawdziwym dystansie 3,8 km pływania, 180 km roweru i 42,195 km biegu.
Do imprezy, która odbyła się 2 października w podbarcelońskim kurorcie Calella, trzeba było się oczywiście zapisać (jak na większość startów w „ironach") dużo, dużo wcześniej. W tym wypadku – wczesną wiosną tego roku. Data wydawała się dogodna – powinno być dużo czasu na wyjeżdżenie niezbędnych kilometrów. Starty na pełnym dystansie w czerwcu czy lipcu mają to do siebie, że ciężko jest – w naszych polskich warunkach – zrobić odpowiedni treningowy kilometraż w sytuacji, kiedy zima i śniegi kończą się u nas w marcu lub kwietniu... Plany planami, ale, niestety, obowiązki zawodowe sprawiły jednak, że moje tegoroczne przygotowania nie były takie, jakich bym sobie życzył. Zaczęło się nieźle – w kwietniu: życiówka w maratonie. Potem, niestety, kontuzja i prawie dwa miesiące abstynencji od biegania sprawiły, że całe przygotowanie biegowe diabli wzięli.... Z rowerem już było nieco lepiej, ale – szczerze mówiąc – mój tegoroczny tryb przygotowań to „trening przez starty". Kilka połówek w Polsce i Czechach (znowu z życiowymi czasami – tym razem na rowerze), połówka w Borównie (życiówka w pływaniu). Tydzień po Borównie (i trzy przed Barceloną) wymyśliłem sobie maraton we Wrocławiu. Miał być bardzo dobry czas (ostatnia w tym roku okazja, żeby zakwalifikować się do Bostonu), było.... No cóż – gorąco.... Akurat w niedzielę, po 10 dniach wrześniowych chłodów, we Wrocławiu zrobiło się 30 stopni. Do tego okazało się, że jednak w pewnym wieku człowiek już nie regeneruje się tak szybko, jak kiedyś, więc i wrocławskie tempo pozostawiało dużo do życzenia. Dodatkowo, po 20k nadwyrężyłem „czwórkę" w lewej nodze, więc – przez wzgląd na zbliżającą się Barcelonę – powinienem był w zasadzie zejść z trasy. Niestety, we Wrocławiu to niemożliwe (maraton to jedna duża pętla), więc – chcąc nie chcąc – musiałem doczłapać się do mety. Jedyna dobra strona tego występu do przygotowanie temperaturowe :)
Tydzień przed wyjazdem do Barcelony łapię przeziębienie. Akurat teraz! Cały rok nic i w takim momencie jakiś wirus..... Ale walczę z dziadostwem przy pomocy aspiryny, witaminy C i inhalacji. Katar niestety nie chce minąć i – już po przyjeździe do stolicy Katalonii – cały czas chodzę z chusteczkami w kieszeni. Mam nadzieję, że do startu choć trochę przejdzie...

Zgodnie z moją prywatną, niepisaną tradycją, w czwartek przed zawodami udaję się na 'własnonożną' inspekcję trasy rowerowej. Pierwsze wrażenie – super równy i szybki asfalt! Drugie wrażenie: super silny wiatr. Pierwsze 30k z wiatrem – średnia 40 praktycznie bez pedałowania. Z powrotem... no cóż... Jak tak będzie podczas zawodów, to będzie... ciekawie... ;)
Do sprawdzenia pozostało jeszcze morze – nigdy wcześniej nie pływałem podczas zawodów w słonej wodzie (ok, raz – w czasie olimpijki w Sopocie, ale to było w Zatoce Gdańskiej, a tam trudno właściwie mówić o jakimkolwiek zasoleniu). Sól jednak to jedno, a fale – drugie. W czasie, gdy poszedłem popływać (po południu), wiatr był bardzo silny i fale bardziej nadawały się do surfingu niż crawla. Płynąc pod wiatr, miało się wrażenie, że ruch do przodu wymaga jakiegoś nadludzkiego wysiłku. Jak tak będzie podczas zawodów, to będzie... ciekawie... ;)
Start zaplanowano na 8.30. To dość dziwne, jak na zawody IM, które zwykle ruszają bladym świtem, o 6 lub 7 (żeby wszyscy zdążyli przed północą dotrzeć do mety). Ale, cóż, w końcu jesteśmy w Hiszpanii!... Tutaj 8.30 to i tak bardzo wcześnie. Startujemy w „falach" – to w sumie dobry pomysł, nie będzie wielkiego tłoku w wodzie. Podobną metodę stosują w Roth, ale tam pływa się w dość wąskim kanale. Tylko kibice będą mieli gorzej, bo do końca nie wiadomo, kto z jakim czasem wpada na metę. Ale zmartwienia kibiców to akurat dla mnie najmniejszy problem w tym momencie :) Na szczęście też, nasze – ludzkie „fale" najwyraźniej zastąpiły te morskie, bo woda w niczym nie przypomina kipieli, w której próbowałem pływać dwa dni wcześniej. Owszem, trochę „grzbietów" jest, ale da się wytrzymać. I do tego jest ciepła – na wyczucie kilka stopni cieplejsza niż ranne, rześkie (choć już 20-stopniowe) powietrze. Moja „fala" ma ruszać o 8.50 – jakieś 200-250 osób, najliczniejsza grupa wiekowa (przy okazji – przypomniał mi się dowcip: „jak poznać triathlonistę?", „no cóż, to proste – na pytanie o wiek, odpowiada: 35-39"...) Ale na szerokiej plaży i w jeszcze szerszym morzu nie ma najmniejszego problemu z liczbą walczących o „swój kawałek wody" zawodników.
A więc – ruszyliśmy!... Woda – super czysta: widać dużo lepiej (i dalej) niż w basenie. Tylko... jest cholernie słona. Jakoś muszę się postarać zmienić przyzwyczajenia i nieco mniej ją smakować. 300 metrów – woda nadal słona. 700 metrów – nic się nie zmieniło, woda ciągle nie chce się osłodzić, a dodatkowo zaczyna drapać w gardle. 1000 metrów – słono jak cholera i zaczynam czuć ból w (przygryzionych?) wargach. Do pierwszego nawrotu mamy łącznie ok 1,5 km. Zaczyna mi się płynąć lepiej. Fale nie przeszkadzają tak mocno, jak się obawiałem – właściwie, w tę stronę, w ogóle ich nie czuć. Zaczynają się tylko pojawiać niedobitki z wcześniej startujących grup, więc musimy się trochę przebijać przez różnych spowalniaczy i żabkarzy.... Woda nadal słona.... Bojka, skręt w lewo, następna bojka, skręt w lewo – teraz już tylko jakieś 1700 metrów do następnej, ostatniej bojki i 400 metrów do plaży. Tylko, że po nawrocie zaczyna się walka z falami. Zaczynają przeszkadzać. Szczęśliwie, wchodzę w nogi komuś płynącemu w podobnym tempie i robi się trochę lepiej. Co ciekawe, woda już chyba nie jest taka słona! ;) w tym morzu to nawet fajnie się ścigać: ryby w srebrzystej łusce widać na dnie, ciała w neoprenowych „skórach" – na 30 metrów po obu stronach... Mógłbym pewnie płynąć nieco szybciej, ale, zwykle, wychodzenie „z nóg" kogoś tylko ciut-ciut za wolnego kończy się tym, że samemu także nie płynie się szybciej. Tym bardziej, że mamy pod wiatr i pod falę. Więc się trzymam. Woda znowu zrobiła się słona, ale tylko na chwilę... ostatnia bojka, nawrót, długa prosta na plażę. Przyspieszamy. Wychodzę: 1:03 – no nie, tak wolno to jeszcze w IM nie płynąłem!... liczyłem na czas o jakieś 4-5 minut lepszy, ale cóż, składam to na karb fal i niezbyt... rygorystycznego przygotowania pływackiego w tym sezonie. Tylko, kurczę, te prysznice na brzegu tak cherlawe są, że nawet porządnie spłukać soli z siebie nie można!
Namiot, biorę worek, wycieram z siebie ręcznikiem tyle słonej wody ile się da, zakładam buty, kask, okulary, biorę żel energetyczny (żeby nieco ulżyć wypalonemu chlorkiem sodu gardłu) i... na rower. Jedzie się pięknie – asfalt idealny, wiatru praktycznie nie czuć (a tego się przecież spodziewałem po czwartkowej przejażdżce). Przypominam sobie swoje założenie na tę część zawodów: „z luźnej nogi, nie ciśnij, nie ciśnij" (trzeba przecież jeszcze pobiec maraton w upale), ale i tak wyprzedzam całe tabuny zawodników. Trasa generalnie płaska, wzdłuż wybrzeża (składa się z dwóch dłuższych i jednej krótszej pętli tam i z powrotem), trochę tylko górek na samym początku. Jak zwykle – pod górkę mijam jeszcze więcej wspaniale wyglądających triathlonistów na ich wspaniałych maszynach za 5 albo 10 tys euro. Panowie! Wy chyba nie wiecie, jak używać przerzutek! ;)
Gardło drapie coraz bardziej (żel nie pomógł za bardzo), na szczęście katar już mnie nie męczy (mogłem wcześniej na to wpaść: sól wypaliła chyba całą śluzówkę.....), ale jedzie się bardzo dobrze. „Nie ciśnij, nie ciśnij..." Staram się o tym pamiętać, ale przy nawrocie na 35km mam na liczniku średnią 37 (i to razem z długim wybiegiem z parkingu!). Teraz pewnie będzie gorzej, bo wydawało mi się, że droga powrotna powinna być pod wiatr. Ale nie, okazuje się, że wiatr wieje z boku, a nawet nieco z tyłu, więc jest super! „Nie ciśnij...." No tak, i jeszcze muszę pamiętać, żeby jeść. Niestety, w ubiegłym roku (zarówno w Klagenfurcie, jak i w Borównie) miałem to samo – wcale mi się nie chce jeść. No cóż, wmuszam w siebie jednego batonika (to zaledwie jakieś 200 kcal) i jadę dalej. Biorę po dwa bidony (z wodą i izo) na każdym punkcie żywieniowym (30 stopni ciepła i całkowicie niezacieniona trasa to nie przelewki!) i staram się pić, wmuszać w siebie te okropne kawałki batonów i „nie cisnąć...." 80k, nawrót i.... się zaczyna!... W międzyczasie pojawiła się już morska bryza i pierwsza część drugiej pętli jest, niestety, pod wiatr. Można się tylko pocieszać, że z powrotem znowu będzie łatwiej. Udało mi się skończyć drugiego batona (kolejne, marne 200 kcal). Z tym „nieciśnięciem" pod wiatr nie jest już tak łatwo – ale średnia cały czas w granicach 36. Przy 140 km zaczyna mi się już jechać nieco gorzej – nie ma żadnego kryzysu, ale (żeby „nie cisnąć") zrzucam na nieco lżejsze przełożenia i prędkość trochę się zmniejsza. Udało mi się wmusić w siebie pół trzeciego batona, ale na resztę już nawet nie mogę spojrzeć (a mam ich w zapasie jeszcze pięć!). Ależ to sportowe żarcie jest ohydne! ;) 150-160 km (do ostatniego nawrotu, ciągle jeszcze pod wzmagający się wiatr) przejeżdżam siłą woli i godnością osobistą, pocieszając się tylko na wzniesieniach, na których, na „młynku" wyprzedzam wszystkich tych „cervelowców" w ich opływowych kaskach. Żadnych skurczy, żadnych bóli, więc jest ok! Ostatnia prosta, 20 km do mety, to już w zasadzie formalność. Jeść i tak nie mam więcej ochoty (ale aż tak bardzo mnie to nie martwi, bo rok temu w Klagenfurcie zjadłem w sumie jeszcze mniej), więc się poję i polewam wodą. Średnia spada do ok 35, a na zegarze – po przejechaniu krętego dojazdu do parkingu przez wąskie uliczki Calelli – 5:09. Wygląda na to, że będzie życiówka! a miało być: „nie ciśnij..." ale w sumie starałem się jechać z nogi na nogę, bez siły i na miękkich przełożeniach, więc to życiówka trochę taka „przypadkowa"... Zobaczymy, jak będzie na biegu!
Odkładam rower, znowu do namiotu, zakładam sprzęt biegowy. Jakiś uprzejmy woluntariusz pyta, czy posmarować mnie kremem na opalanie. „Si, por favor!" Okazuje się to bardzo dobrym zbiegiem okoliczności, bo – choć miałem w worku swój krem – to pewnie nie chciałoby mi się nim smarować własnoręcznie, a – jak się za chwilę miało okazać – skwar na maratonie był przeogromny. No więc biegnę – nogi lekkie, ale czuję, że nie jest za szybko. Założenie na bieg: nie robimy Gallowaya! Jedyne postoje dozwolone przy punktach żywnościowych. Poza tym – bieg, choćby nie wiem co. Patrzę na zegarek po pierwszym kilometrze: 6:20! Niemożliwe! Aż tak wolno przecież nie biegnę!.... a może jednak? Na drugim kilometrze – 12:05... a więc to prawda... trzeba robić co się da, ale poniżej 4 godzin raczej dziś na tym maratonie nie zejdę. Nogi po prostu jakoś nie chcą szybciej. Czuję na plecach piekące słońce. Decyduję, że to był ostatni raz, kiedy patrzyłem na zegarek – realizuję swoją strategię – biegiem do przodu, bez postojów. To powinno dać czas ok 4:30, co – być może, być może! – pozwoli złamać wyraźnie 11 godzin (i życiówkę 10:59). Zobaczymy! Do nawrotu na pierwszych 5k biegnie się niezbyt dobrze – tzn. wolno, noga za nogą. Po nawrocie – jakby coś we mnie wstąpiło: krok się wydłuża (choć, niestety, nie na cały czas – to raczej takie „zrywy"), biegniemy pod wiatr, więc jest troszeczkę chłodniej. Ale za to słońce praży prosto w twarz. Zaczynam czuć, że pieką mnie wargi – już nie wiem, czy to od słońca, czy jeszcze tej morskiej wody? Dyszka skończona (no cóż, tak szybko niestety nie poszło...) – jeszcze tylko 3 razy to samo i koniec! Po drodze spoglądam sobie na znaczniki kilometrów przeznaczone dla biegnących ostatnią pętlę i sam siebie dopinguję, że już niedługo będą one „dla mnie". Jakoś nie widzę innych Polaków. Dopiero na drugiej pętli mija mnie Leszek Muzyczyszyn (ale on zaczyna dopiero swój maraton), a pod koniec 20k widzę Romka (Mrozka; IM2010) – chyba się rozciągającego. Ani śladu Lubomira (Lubasa; IM2010) – później powie mi, że on mnie widział i nawet, patrząc na mój powolny bieg – miał nadzieję, że wkrótce nadrobi straconą pętlę i minie mnie z przyjaznym polsko-polskim pozdrowieniem.... ;) niestety, jemu też bieg poszedł gorzej niż się spodziewał, więc nie zostałem „pozdrowiony"... W sumie to i dobrze – choć raz na międzynarodowych zawodach mam szansę być pierwszy w klasyfikacji pt. „POLAND"! :-D
Trzecia pętla – jeszcze jestem w stanie co jakiś czas wydłużać krok i nieco nadrabiać tracone minuty, ale jest coraz gorzej. Nogi robią się ciężkie, słońce praży cholernie. Piję z rozsądku, ale woda specjalnie nie pomaga. Izo jest albo za słodkie, albo za wodniste. Dobrze, że mają te poćwiartowane pomarańcze! Jak tylko skończę trzecią rundę, będzie już z górki! :) faktycznie – bliskość mety (albo może także i to, że słońce jest już dość nisko i na trasie pojawia się sporo cienia) sprawia, że biegnie się jakoś lepiej (ale chyba nie szybciej). Mijam Leszka, którego łapią jakieś kurcze. Potem on mija mnie – biedny! Ma jeszcze 15k do końca.... Po nawrocie (37 km), zaczyna się to, co tygrysy lubią najbardziej – piątka do mety!... ;) na ostatnim punkcie żywnościowym (39k) nie biorę już nawet tej okropnej wody. Walczę z pokusą spojrzenia na zegarek – ale nie! Postanowienie to postanowienie. Na ostatnich dwóch kilometrach przyspieszam – żebym sobie potem nie wyrzucał! Wcześniej i tak nie dało się biec prędzej, a na tych dwóch ostatnich coś tam zawsze można nadrobić. Myślę sobie, że spojrzę na zegarek dopiero, jak minę tabliczkę 42k – żeby się nie deprymować (jakby czas nie był najlepszy) i utrzymać tempo do końca. Ostatni podbieg, przez bramkę na teren miasteczka triathlonowego, czerwony dywan. Jest 42k! Spoglądam na zegarek: kurczę! A jednak: 11:09.... A więc się nie udało. No tak, ale jak się biegnie maraton w 4:46 (prawie półtorej godziny dłużej niż „czysty" maraton), to nie można oczekiwać dobrych wyników. Mam za to życiówkę na rowerze, a sam czas – jak na te warunki, przeziębienie i ilość oraz jakość przygotowań w tym sezonie – bardzo przyjemny. No i wygrałem klasyfikację „POL"! :)
Za metą – medal, koszulka, masaż na sztywniejące nogi. O dziwo, nic specjalnie nie boli, ale jeść i pić nie chce się wcale (a więc nici z tego piwa, które sobie obiecywałem jeszcze dzień wcześniej!) Nawet nie mogę specjalnie patrzeć na te różne pyszności, które dla nas przygotowali... Zamieniam kilka zdań z jakimś Szwedem, który narzeka na upał, potem z Hiszpanami, których nie dziwi to, że w strefie dla zawodników nie ma żadnego prysznica. Spotykam Lubomira zawiedzionego nieco swoją całodzienną walką z „ironmanem". Akurat w tej chwili też nie za bardzo rozumiem, po co ludzie – z własnej woli i za własne pieniądze – tak się męczą ;) o ile bowiem po starcie w „połówce" czuje się przyjemne zmęczenie, o tyle „iron" w takim upale zwykle kończy się co najmniej nieprzespaną i mocno „obolałą" nocą. Ale cóż, jak mówią – żelazo kuje się w gorącu!
(at)
PS. 24 godziny później: znowu zaczynam myśleć, że start w IM to jednak fajna rzecz :)
A, jak znam siebie, po zakwasach za parę dni i tak nie będzie śladu. No chyba, żeby mi znowu przyszło do głowy zagrać w squasha – to może zabić! (wiecie, jakie się ma straszliwe zakwasy po dwóch godzinach gry w squasha?? ;)
|